W odniesieniu do poprzedniego wpisu blogowego i słów Pogo "Ale odniosę się do Woodstocku. Byłaś tam chociaż raz? Choć po jednej wizycie w złym miejscu można wyrobić sobie złe postrzeganie. Ja byłem na 6 i bez obaw o brud, kradzieże, chamstwo jadę za 2 tygodnie po raz kolejny." Mając okazję postanowiłam zajrzeć do Kostrzyna i zobaczyć na własne oczy... a nie posiłkować się relacjami z którejś tam ręki.
Po godzinnym spacerku pod hasłem "gdzie jest krzyż", bo według wskazań tubylców należało iść prosto do krzyża, a potem skręcić w lewo, po jednej ulewie i przepchnięciu się przez tłum, znalazłam się na tej ziemi obiecanej polskich festiwalowiczów.
Łatwo pomylić z wysypiskiem śmieci, ale jeszcze łatwiej ze sławojką od ciężkiego średniowiecza nie czyszczoną... Zamiast asekurować się rozhulanym katarem siennym, jako jedyną skuteczną formą obrony, nieświadoma czekających na mnie tortur, łyknęłam bloker histaminy i na moje nieszczęście węch działał.
Stoiska z tym co do życia potrzebne i niepotrzebne, tłumy ludzi, mniej lub bardziej barwnych, ożywionych lub nie wykazujących oznak życia zwłok, ludzi zawianych lub mocno rozchybotanych na fali najprawdopodobniej najlepszego piwa na świecie, ale przede wszystkim ludzi uchachanych jakby właśnie mieli najlepszą Gwiazdkę w życiu. Przekrój wiekowy ogromny, weteranów widać z daleka, spryt węgorza w prześlizgiwaniu się przez ludzkie korki, wymyślne rzucające się w oczy dekoracje, kubeczki w garści - w razie gdyby ktoś bardzo nalegał na podzielenie się piwem. Scena, owszem, duuuuża, efektowna, oznakowana plemiennie i widoczna z daleka, ale ciekawsze rzeczy dzieją się obok, w "błotobajorze".
Błotobajoro - nazewnictwo własne - to coś co powstaje w wyniku lania na żyzną glebę ilości wody umożliwiającej rozmiękanie, rozbabranie i w dalszej perspektywie - grupowe taplanie, ślizganie, papranie, skakanie w tym jakże uroczym ustrojstwie. Im bliżej końca festiwalu tym mniej H2O, a więcej CO(NH2)2 dodawanych ofiarnie przez festiwalowiczów przy każdej możliwej okazji. Nieopodal jest drugie bajoro, na partyzanta zrobione przez niecierpliwych, za rzędem ToiToi - tzw. "szajs aleją", kto usiłował znaleźć alternatywę dla korzystania z ToiToi'a bez stania w kolejce ten wie. Zasadniczo przy tej temperaturze i ilości zainteresowanych, zamknięcie, choć na chwilę za sobą drzwi niebieskich wychodków przypomina przejście do Narni przez szafę - człowiek nigdy już nie jest taki sam, no i oczy... trochę łzawią.
Błotobajoro oprócz kolosalnego znaczenia folklorystycznego, ma jeszcze jedną niezwykle istotną cechę - jak oaza na pustyni, jak wodopój w Afryce ściąga spragnione stada - tak bagienko ściąga wszelkich pstrykających, fotografujących, filmujących i utrwalających w każdy możliwy sposób lokalną faunę w środowisku naturalnym. Takie lokalne safari z podziałem ról na ubabranych, babrzących i unikających utaplania. National Georaphic i Bear Grylls wymiękają... Niemal słychać narrację Sir Richarda Attenborough.
Jeżeli chcesz zobaczyć coś dziwnego, jedź na Świebodzin, jeżeli chcesz zobaczyć coś dziwniejszego jedź do Grzechynii, chcesz zobaczyć coś najdziwniejszego polecam Kostrzyn na początku sierpnia. Inwencja w wymyślaniu strojów, przebrań, sposobów pozyskania kasy, wyciągnięcia fajki - nieograniczona - pozytywnie. Mijając ten wielobarwny tłum, człowiek mimo woli się uśmiecha, szaleństwo, karnawał, rozpasane bachanalia - tylko czasem przemknie gdzieś posuwistym krokiem uczłowieczone "memento mori" gromiąc gawiedź wzrokiem i niczym Dementor, gasząc nieco samą obecnością tą doczesną radochę, której i tak przecież nie za wiele mamy.
Jedna rzecz, która logistycznie mnie zachwyciła, okazała się jednocześnie przekleństwem tej edycji festiwalu - jej wysokość scena kontra barierki... Wysokość sceny 3,5 metra - którą najpierw wylewnie sklęłam (no bo jak tu zrobić zdjęcia zespołu - skoro widzi się głównie główki podrygujące nad krawędzią tejże sceny) daje rzeczywiście niesamowitą rzecz - mianowicie 2-3metrową samoistną "fosę" pod samą sceną.
Bez barierek, których głównym zadaniem sprawdzanie wytrzymałości żeber pierwszego rzędu podczas napierania tłumu, bez ogrodzeń, pod sceną jest wolna przestrzeń, można klapnąć, odsapnąć czy przejść swobodnie na drugą stronę pola,bez nadkładania drogi. Pomysł rewelacja, mniej wybitnym pomysłem było jednak zaproszenie Prodigy, których manager narobił zadymy znacznie większej niż najdziksze pogo tegorocznego festiwalu. Najniebezpieczniejszy festiwal itp... jaaaaasne! Roskilde był zorganizowany wedle wszelkich zasad "bójmy się publiki" a i tak 9 ludzi poszło do piachu... Złej baletnicy.. itd. Dość o tym napisano, żebym ja jeszcze dokładała, ale skoro Prodigy uważa, że publikę trzeba trzymać w zagrodzie jak bydło, to niech koncertują na farmach bydła w Teksasie.
Dane mi było zobaczyć rewelacyjny koncert Kontrust - nieco milej koncertowało się polsko-niemieckiej kombinacji, bez wrzasków "Bomba" jak to miało miejsce na bydgoskich tegorocznych Juwenaliach, jak dla mnie "Bomba" był ich występ. Potem na scenie pojawił się Helloween - gwiazdy - widać nie dość duże, skoro nie grymasili nad barierkami tylko dali dobry, mocny koncert, a może tak właśnie wygląda profesjonalizm? Rola wygaszacza przypadła Riverside - i tu jak najbardziej wybór trafiony - bo minimalistyczna, zbliżona do stuporu dynamika na scenie, skutecznie uśpiła publikę.
Nadal rozkminiam jeszcze patent z żetonami i piwem (ciepłym - brrr) ale do sensu jeszcze nie dotarłam. Może to wkład MONARu w zapobieganie alkoholizmowi i liczenie na zniechęcenie, a w efekcie na rezygnację spragnionych delikwentów z picia piwa , podczas pielgrzymek od jednej kolejki (po żetony) do drugiej (po odbiór piwa).
Najsilniejsze pozostanie jednak wspomnienie wrażeń, nieprzerwanie dostarczanych przez narząd węchu...
Festiwalowa ziemia obiecana czy ziemia osikana...
Niech moc(z) będzie z wami woodstockowicze...


Świetny wpis i bardzo fajne fotki. Pozdrawiam.
Zakodowałem sobie, że Twoje wpisy na blogu są ciekawe i sensowne, i nie inaczej jest tym razem. Ale zdjęcia są rewelacyjne. Często oglądam Twoje relacje z koncertów, ale te Woodstockowe według mnie są najlepsze jakie dotychczas oglądałem. I nie wiem czy to zasługa tego błotobajora, czy Twojego innego ( bardziej skupionego ) podejścia do całej imprezy, czy jeszcze czegoś innego, ale cieszę się że tam byłaś. Przynajmniej przeczytałem i zobaczyłem jak tam było.
bardzo ciekawie opisane,lubię cię podczytywać :)
Chociaż co do Bear'a Grylls'a to się nie zgodzę ;))
Dzięki wielkie za miłe słowo :) Bardziej skupione podejście - uczciwie przyznam, że pstrykanie miało charakter czysto rozrywkowy... no kilka razy po te żetony biegałam tam i z powrotem :D Jak się uda za rok, klamerka na noc i strzała, ale nie ma mowy o namiotach i biwaku, na kilka godzin i już :D
Co do Bear'a, myślę, że skręciłoby gościa z obrzydzenia, gdyby miał tak beztrosko moczyć całe ciało w błotobajorze - woodstockowicze są twardsi :)
No tak Bear pewnie by coś znalazł do ubrania zanim by tam wskoczył. Może za rok podjedzie samochód ekipy "Ultimate Survival", czy "Worst case scenario" ;)
Wszystko rewelacyjnie opisane. Foty jak zawsze trzymają poziom.
No to nasi koledzy mają tylko jeden subiektywny pogląd na imprezę. Nie będę dyskutował z vi - ona zna mój pogląd na to. Nie chcę też deprecjonować jej zdjęć, ale tam naprawdę przy zachowaniu odpowiedniej techniki łatwo o dobry materiał zdjęciowy ze względu na mnogość obiektów. Szacunek jednak za zdjęcia z koncertów, bo scena naprawdę daleko i wysoko, a fotki ładne i ostre!!
Uwierzcie mi jednak, że Woodstock to nie tylko krzyż przy Przystanku Jezus (marginalna sprawa), to nie tylko żetony na piwo, które notabene bardzo dobrze się sprawdziły (mam porównanie z innymi latami), to nie tylko śmieci, które można omijać, to nie tylko błoto, w którym nikt nikomu nie każe się taplać, to nie Toi-toie, które wcale nie są takie złe i nie jest trudne znalezienie kibelka, który jest czysty i można w nim spokojnie załatwić potrzebę. To przede wszystkim koncerty i ludzie, z którymi jedziesz. Możesz z nimi rozbić się na środku pola, a można też na uboczu, gdzie nikt ci nie przeszkadza w miłym spędzeniu czasu. Uwierzcie mi, że w tym roku rozbiliśmy się stosunkowo blisko sceny na polanie, na której oprócz naszych 10 namiotów było może kolejnych 10, a cale pole miało z 2 ary! Wspaniała sprawa, ale zdziwiłem się, ze tam nikt nie chciał się rozbijać.
Wszystko jest kwestią oczekiwań i wyborów. Można się tam czuć dobrze, bo pasują ci warunki w tym miejscu, albo i nie, co też zrozumiem, bo nie każdy musi wszystko lubić. Nie kieruję tego akurat do vi, bo dotyczy to każdego. Ja akurat to lubię, bo wiem czego oczekiwać, godzę się na to i potrafię się do tego przystosować, co daje mi co roku kilka dni super zabawy ze stałą grupą znajomych.
No to Pogo - tyłek w troki i pisz... już się upominałam o relację kompetentnego woostockowicza i ciszaaa...
http://www.mmbydgoszcz.pl/382422/2011/8/11/the-prodigy-przystanek-woodstock-jest-jednym-z-najbardziej-niebezpiecznych-miejsc?category=spozaMiasta
P.S. nie wiem czy przy Przystanku Jezus jest krzyż, bo tam nie byłam, krzyż był jak się skręcało od drogi głównej... dodaję ost foto.
Jako, iż jeżdżę do Kostrzyna od ładnych kilku lat to pozwolę sobie z kilkoma rzeczami się nie zgodzić.
Swoje wnioski wysnułaś na podstawie kilkugodzinnego pobytu. Aby dobrze poznać specyfikę "woodstocku" to trzeba tam pobyć troszkę dłużej. No i mimo wszystko mieć w sobie odrobinę masochizmu. Bo rzeczywiście Przystanek Woodstock nie jest cudem świata i swoje ciemne strony ma.
Porównujesz Przystanek Woodstock do wysypiska śmieci. OK ... a teraz pomyśl ile ton śmieci produkuje w ciągu doby półmilionowe miasto. A teraz jeszcze raz wspomnij to co widziałaś w Kostrzynie.
Śmieci z kilku punktów są systematycznie wywożone. Siłą rzeczy pod sceną w czasie koncertu nie da się posprzątać. Ale w godzinach porannych (gdy teren pod sceną jest zamknięty) wpadam tam silna ekipa, która w ciągu godziny zmienia ten teren nie do poznania.
TOITOI'e także są systematycznie opróżniane i myte.
Niestety mało co można poradzić na ludzi, którzy nie potrafią spożywać alkoholu i nie potrafią później trafić do takowych TOITOI.
A w gruncie rzeczy dla tych brzydzących się "brudnym życiem woodstockowym" wymyślono płatne pole namiotowe gdzie można bez obawy zostawić namiot i mieć pewność, że jak się wróci to nadal będzie on pełen naszych rzeczy (dla niedowiarków jest do dyspozycji depozyt). Do upojenia można korzystać z prysznicy z ciepłą wodą. Toalety są czyszczone z szwajcarską regularnością. W stosunku do reszty woodstocku panuje tam ... "cisza" :)
Dwie rzeczy w tym roku bardzo źle wspominam.
Po pierwsze: drugiego dnia koncertów, pod sceną zaczął się unosić obrzydliwy zapach. Długo zastanawiałem się co tak śmierdzi ... w końcu eureka! To zapach wylanego piwa!
Jakoś w poprzednich latach czegoś takiego pod sceną nie dawało się odczuć. A w tym roku ... nowa marka piwa (sponsor) ...
Druga rzecz: wszystko co związane z zespołem The Prodigy. I pal sześć te nieszczęsne barierki (teraz już się nie dowiemy czy były potrzebne czy nie). Bardziej odczuwalne (w sensie BARDZO negatywnym) było przybycie "niewoodstokowiczów". Nie mówię tu o wszystkich przybyłych TYLKO na koncert Prodigy. Mówię tu o sporej ilości pospolitego "dresiarstwa". Takiej ilości agresji to ja nie widziałem przez te kilka lat jeżdżenia do Kostrzynia. Sam o mało nie dostałem po mordzie gdy usiłowaliśmy ze znajomy rozdzielać skaczących sobie do oczu gości. Miałem szczęście, że ostudzająco na ich zapał do bójki zadziałał noszony przeze mnie identyfikator WOŚP'u.
Kilkukrotnie pojawiały się ktążące po polu gruby "dresów" wykrzykujących nazwy swoich ukochanych klubów sportowych. Ewidentnie szukali zaczepek ...
Jeden z Pokojowych Patroli został pobity. W godzinach wieczornych ... w dniu koncertu Prodigy ...
Jeździłem i nadal będę jeździł na Przystanek Woodstock. Po prostu lubię tą imprezę. Nie jestem jego fanatykiem. Dostrzegam jego słabe punkty. I w miarę możliwości zwracam organizatorom uwagę na pewne problemy czy sytuacje (przez te kilka lat zdążyłem się z kilkoma osobami związanymi z WOŚP'em zaprzyjaźnić - na tyle, że bez przedstawiania mnie poznają czy wręcz wyściskają na powitanie - ach ten przywilej akredytacji prasowej).
PS: Krzyż był w pobliżu sceny Przystanku Jezus.
Podpisuję się pod słowami Goldmoona.
Vi, nie pisałem nic pod tamtym artykułem, bo albo to była tania prowokacja, albo głupota piszącego.
Co do Twojego krzyża, to nawet nie za bardzo wiem, gdzie on stoi. Jakoś go nie zauważam, albo chodzę do miasta inną drogą, bo jest kilka.
Ale ani jeden, ani drugi obiektywnie sam nic nie napisze... no chyba, że liczyć te wylewne komentarze.
Gold - miasto produkuje śmieci, ale czy w nich śpi, na nich je i żyje? "aby dobrze poznać specyfikę "woodstocku" to trzeba tam pobyć troszkę dłużej" - nie, to by mnie zabiło... Gold czy oprócz swojego czyściutkiego pola namiotowego i terenów backstageowych, wytknąłeś nos na te darmowe pola? Przeciętny Polak do brudas i glajdor... nic nowego.
Pogo - nie pod tamtym artykułem, bo był żenujący - ale tak sam z siebie...?
Wystarczająco napisałem w pierwszym komentarzu. Powiem Ci szczerze, że nie zależy mi na przekonywaniu nieprzekonanych. Tam przyjeżdża wystarczająca ilość ludzi - nie musi więcej. Mi jest tam dobrze, zwłaszcza z moimi znajomymi. Każdy odbiera ten festiwal na swój sposób. Jeśli uważasz, że w Czechach 2--300 tysięcy ludzi będzie grzecznie wyrzucało śmieci do śmietników, to ok. Może tak jest - nie byłem tam, więc nie będę tego podważał. W naszym małym obozowisku zawsze sprzątamy po sobie i po naszym wyjeździe sprzątający zastają tylko zapełnione worki ze śmieciami. To nie Polak jest brudas, to Janek, Zocha, Wiesiek, Mariola... może także John, Helga, Francois, Manuel i Jirik.
Pogo - to nie miałcz w tej tonacji "No to nasi koledzy mają tylko jeden subiektywny pogląd na imprezę. Daj drugi obiektywny poglad. :P
Czy "miałcz" mam odebrać pejoratywnie i obraźliwie?
Przecież napisałem swój pogląd. Nie muszę silić się na esej z wodotryskami. I podkreślam "swój" pogląd, bo żaden pogląd nie jest obiektywny.
A co? Nie lubisz kotków?:P Obiektywny z perspektywy doświadczenia woodstockowego, zdecydowanie bardziej obiektywny niz mój. Mnie nie było jak Prodigy nieco zmieniło charakter festiwalu... a relacji z pierwszej ręki, nie znam, poza kilkoma współpasażerami (nadal zawianymi) w pociągu czyta się się tylko o medialnej zadymie autorstwa managera tej kapelki...
Tylko zobacz jaki obszar zajmuje tej wielkości miasto a jaki obszar zajmują woodstokowicze. Ty tam po prostu widzisz kumulację wszystkiego tego co Ci nie pasuje (a prawdopodobnie nie dostrzegasz kumulacji niczego dobrego - bo nie masz czasu się z tym zjawiskiem zapoznać?). Na przykładzie tego samego miasta - zobacz ile w nim w ciągu doby kradzieży, rozbojów, morderstw, gwałtów itp. A w Kostrzynie?
Weź wszystkich mieszkańców Bydgoszczy plus powiedzmy Inowrocławia. Zgromadź ich na mocno ograniczonym terenie. I powiedz mi jaki osiągniesz efekt.
_JA_ zdecydowanie bardziej wolę "efekt woodstokowiczów" niż to co by mi zaserwowało "normalne" społeczeństwo.
PS: na "moim" czyściutkim polu namiotowym spędzałem średnio w ciągu doby około 4-5 godzin (sen, prysznice). Resztę czasu spędzałem w terenie. Czy to (czyściutkie) tereny backstagu czy (brudne) woodstockoweg pola (przykładem niech choćby będzie fakt, że jakoś zauważyłem ten 10 metrowy krzyż w pobliżu sceny Przystanku Jezus ... no tak ... ale gdzie była scena Przystanku Jezus, prawda vi?).
Ty dostrzegałaś tylko "brudnych". A co z tymi dziesiątkami tysięcy korzystających dzień w dzień z kranów z lodowatą wodą by się umyć? A co z tymi, którzy godzinami stali w kolejkach do pryszniców? A co z tymi co sprzątali?
Ciekawe czy zauważyłaś akcję Allegro polegającej na: "Przynieś dziesięć plastykowych pustych butelek po napojach a otrzymasz butelkę wody mineralnej". Ciekawe czy zauważyłaś akcję Carlsberga polegającą na przynoszeniu im zużytych plastykowych kubków. Za określone ilości dostawało się gadżety. Od długopisu po pelerynę przeciwdeszczową. A po drodze latarka. W ciągu zaledwie pierwszych dwóch dni zebrano w ten sposób około 4 ton puszek i plastykowych kubków.
My Polacy tak mamy - widzimy tylko to co złe. Nic dziwnego, że mamy później w Europie opinię gburów, czepialskich i marudnych. Bo uważamy, że wszędzie lepiej ale nie u nas.
PS: o swego rodzaju zmianie charakteru festiwalu wynikłem z pojawienia się Prodigy napisałem już poprzednio.
Jakoś nie wybierałam się na Przystanek Jezus... więc sorry, że mnie nie ma tam gdzie nie planuję być. Gold z sentymentu sprzątasz w pamięci Kostrzyn... ja około 200 zdjęć nigdzie nie wrzuciłam... bo i po co, lepiej pokazać dobrą zabawę, uwierz, nie o wszystkim wspomniałam, ze względu na fanów woodstocku.
0 strona