Sobota była bardzo mroźna. Ostre słońce, czyste niebo, przejmujący chłód. W swetrze i zimowej kurtce czułam, że jest naprawdę zimno. Radio krzyczało o zapodzianiu samochodów i ruszeniu komunikacją miejską, darmową zresztą w tym dniu. Jechaliśmy więc nieco ściśnięci. Patrzyłam przez okno na opustoszałe ulice, które zwykle zamierały w ulicznych korkach. Jadąc Mostem Poniatowskiego wyminęło nas góra 15 samochodów. Wysiedliśmy na Rondzie Dmowskiego, a stamtąd ciężko byłoby nie trafić na Plac Piłsudskiego. Tłum minął Pałac Kultury i Nauki i podążał dalej ulicą Marszałkowską, aż do Królewskiej, która ciągnie się do samego placu. Na chodnikach porozstawiała się masa handlowców – flagi, znicze, kwiaty, bańki mydlane (?) wszystko co najmniej 200% ceny. Powoli zaczęło się zacieśniać. W końcu ludzi było tyle, że dalej przejść się nie dało. Staliśmy na trawie, blisko drzew Ogrodu Saskiego.
Zawyły syreny. Rozmowy, które jeszcze przed kilkoma minutami gdzieniegdzie się toczyły – zamarły. A ludzie trwali już w tym bezgłosiu przez następne trzy godziny. Usta otwierały się tylko do modlitwy, do śpiewu kościelnych pieśni, do hymnu.
Głosy kolejnych przemawiających odbijały się od okolicznych budynków, echem powracały, jakby z między drzew. Gdy pierwszy raz zapadła długa cisza, było słychać tylko śmigła helikoptera zawieszonego gdzieś na wschodzie. Drugą ciszę wypełniał trzepot biało-czerwonych flag podniesionych wysoko nad głowy.
Żadna z przemów, żaden z komentarzy, żadna wypowiedź, jakie dotąd słyszałam w związku z katastrofą nie były tak przejmujące jak dzisiejsza mowa Macieja Łopińskiego. Myślałam o swoich przyjaciołach, o kolegach z którymi widuję się na co dzień, z którymi znam się po wiele lat. Każdy kiedyś złapie Śmierć pod pachę i pójdzie z nią w nieznane, to takie banalne, ale myśl, że można w jednej chwili stracić, nie jedną a kilka, kilkanaście bliskich osób jest ciężka do ogarnięcia.
Powietrze przeszyła salwa honorowa spod Dowództwa Garnizonu Warszawy.
Msza o długo za długa. Mocno męcząca. My po skończonej ceremonii po prostu poszliśmy do domu, ale rodzina prezydenckiej pary… Msza na placu, jedna, druga, nabożeństwo żałobne w Pałacu Prezydenckim, msza na placu Zamkowym, a przecież to dopiero sobota.
Niedziela. Za oknem znowu słońce, jednak wiatr zdecydowanie cieplejszy niż wczoraj. Ulice puste, sklepy zamknięte, cisza. O czternastej akurat szliśmy obejrzeć relację z Krakowa. Syreny ponownie zawyły na znak rozpoczęcia mszy. Zatrzymaliśmy się na chodniku razem z Warszawiakami. Z okolicznych bloków ludzie powychodzili na balkony. Jeszcze trochę i powietrze nie będzie już tak czarne, tak białe i czerwone.
Po złożeniu trumien w krypcie atmosfera w mieście diametralnie się zmieniła. Poszliśmy jeszcze raz w stronę centrum. Tłumy zelżały, jednak nadal było gęsto i międzynarodowo. Przed Pałacem Prezydenckim nadal kwiaty, nadal znicze, nadal ludzie wpatrzeni w chodnik, jednak już nie w takich ilościach jak w dniach poprzednich. Pogrzeb zawsze kończy pewien stan zawieszenia i chociaż smutek po stracie bliskich czasem pozostaje na lata, to sam dzień pogrzebu często zamyka pewien rozdział. Osobiście czuję to zawsze wyraźnie, gdy kolejna osoba z rodziny odchodzi.
Wszystkie kościoły po drodze otwarte. Ludzie mimo weekendowych ceremonii, które trwały i trwały, nie mają dosyć. Zapewne taki chwilowy zryw z potrzeby ducha (?). Zaszliśmy do Archikatedry i kościoła jezuitów, dalej na Rynek Starego Miasta, gdzie życie toczyło się już zupełnie innym torem – parasolki piwne, stoliki, lody, burgery, śmiechy, zabawa przy pompie z wodą, kataryniarz z gadającą papugą.
W drodze powrotnej Plac Piłsudskiego. Scena z wczorajszych uroczystości jeszcze nie rozebrana – gromadzi tłumy, które przystają na chwilę w zamyśleniu. Tu jeszcze nie toczy się normalne życie. Stoję przed tablicą ze zdjęciami. Ciągle nie mogę uwierzyć, że Szmajdziński też…
Warszawa
Sylwia Nowicka
X Miejsce w rankingu
- Artykuły: 36
- Wpisów na blogu: 60
- Komentarzy: 277
- Miejsc na mapie: 14


Niedługo zaczniesz lepiej pisać niż fotografować...
Bardzo ładna.
bardzo emocjonalny i co za tym idzie po prostu prawdziwy. Podziwiam Twój zapał do takich wyjazdów. Zdjęcia też mi się bardzo podobają.
dość już świeczek!
a niech mnie zlinczują lub na Rakowieckiej posadzą.
Pozdry dla autorki )
wszystkie zdjęcia.