O zwiedzeniu Wilna marzyłam już od czasów studiów. Któregoś dnia uznałam, że trzeba by tam w końcu pojechać i na własne oczy zobaczyć wszystko to, czym zachwycał się Mickiewicz, Miłosz i Orzeszkowa. Oczywiście plany udało się zrealizować dopiero kilka lat później, w październiku 2009 roku.
Do stolicy Litwy wjechałam wieczorem, gdy było już ciemno. Mimo to, z uporem maniaka starałam się wychwycić jakieś gotyckie cuda, o których czytałam wcześniej w przewodnikach. Nic z tego - wileńskie ulice nie należą do dobrze oświetlonych, a większość zabytków znajduje się oczywiście w starej części miasta. - Trudno - pomyślałam. - Poczekam do jutra.
Nazajutrz przywitał mnie jeden z dwóch, jak się potem okazało, słonecznych poranków. Widok z okna nie zachwycał. I nie ma w tym nic dziwnego. Wilno, podobnie jak większość polskich miast, nie przykłada się do blokowisk, które są lekko zaniedbane. Wrażenie bałaganu potęgują kontenery na śmieci, które nie mają żadnej pokrywy. W związku z tym, spacerując osiedlowymi chodnikami, mijałam głównie śmietniki wypełnione po brzegi dziecięcymi wózkami, fotelami czy butami.
Ale to nie dla peryferii przyjechałam do Wilna. Najważniejsze było zetknięcie z miejscami związanymi bezpośrednio z Mickiewiczem. W starej części miasta nie musiałam długo szukać śladów obecności poety. Najpierw trafiłam do niewielkiego muzeum. W jednej z jego części znajdowały się głównie faksymilia związane z filomacką działalnością Mickiewicza. Ciekawe, ale liczyłam na coś więcej, na choćby jakiś przedmiot domowego użytku należący do wieszcza. Na szczęście w drugiej części muzeum (tej zamieszkiwanej niegdyś przez Mickiewicza) były już meble, biurko i kilka innych rzeczy. Pozwoliłam sobie dotknąć jedno z krzeseł (trochę jak dzika fanka jakiejś gwiazdy rocka). Wrażenie niebagatelne. Oczywiście na zgryźliwe pytanie, czy nie myłam potem przez długi czas rąk, odpowiadam – umyłam, i to tego samego dnia.
Podczas spaceru po starym mieście, natknęłam się również na budynek (dawną drukarnię Józefa Zawadzkiego), w którym w roku 1822 po raz pierwszy wydrukowano „Ballady i romanse”. Wielokrotnie przechodziłam obok Uniwersytetu Wileńskiego, gdzie studiował Mickiewicz. Nieopodal ratusza znajduje się natomiast dom, z którego w roku 1824 poeta wyjechał, tym samym na zawsze opuszczając Wilno. Niesamowicie jest mijać takie miejsca, zatrzymywać się przed nimi, przywołując postać największego polskiego wieszcza, myśleć o tym, że kiedyś tu był, pisał, funkcjonował.
Bardzo duże wrażenie wywarła na mnie także wizyta w budynku muzeum KGB, w którym jeszcze nie tak dawno przetrzymywano i torturowano więźniów politycznych. Muzeum zostało podzielone na dwa poziomy: pierwszy z nich zawiera bogaty materiał dokumentalny. Mnóstwo tam zdjęć oraz eksponatów. W niektórych salach emitowane są filmy, w innych podkład muzyczny potęgujący uczucie grozy u osoby wizytującej. Nic to jednak w porównaniu z podziemiami muzeum, gdzie oprócz surowych cel, do których każdy może wejść, znajdują się również miejsca tortur i wreszcie betonowa jama, służąca do rozstrzeliwania więźniów. A prowadzi do niej szklana podłoga. Jak tam weszłam, przestraszyłam się, że szkło pęknie, bo zaczęło lekko skrzypieć. Ale za chwilę zapomniałam o strachu. Pod podłogą wyłożono piach, a w nim przedmioty (grzebienie, buty) należące do rozstrzelanych osób. Bardzo wzruszający widok. I w końcu miejsce kaźni. Na ścianie frontowej duży szklany prostokąt. Pod nim – ślady po pociskach… Spojrzałam na niewielkie okienko i pomyślałam, że gdybym była na miejscu więźnia, pewnie patrzyłabym tęsknym wzrokiem właśnie w to okno. Przez kilka kolejnych dni to miejsce śniło mi się regularnie…
Na Litwie widać historię. Czuć, że Litwini stosunkowo niedawno odzyskali niepodległość. Oczywiście nie brakuje rozkwitu współczesności. Mimo wszystko nie nazwałabym Litwy krajem kontrastów. W mojej ocenie jest to państwo, któremu Ruski dały się w kość jeszcze bardziej niż nam – Polakom. Ale Litwini przed nikim tego nie eksponują. Dużo w nich pokory.
A na koniec troszkę o Litwinach – kierowcach (tak dla rozluźnienia). Od centrum dzieliło mnie zaledwie 10 kilometrów, które pokonywałam samochodem. Gdy pierwszego dnia wyruszyłam w kierunku starego miasta, moją uwagę zwrócili kierowcy - nagle, ni stąd ni zowąd, włączali światła awaryjne i po prostu zatrzymywali pojazd. Bez względu na miejsce. Niektórzy z nich wyjmowali telefony i pisali sms-y, inni rozmawiali. I nie byłoby w tym nic złego, a wręcz przeciwnie - ze względów bezpieczeństwa lepiej zatrzymać samochód, żeby porozmawiać przez komórkę. Pytanie tylko, czy środek ruchliwej ulicy nadaje się na postój. Litwini nie widzą też problemu w pozostawianiu swoich aut na jedym z pasów nieoświetlonej jezdni. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak duże było moje przerażenie, gdy wracając wieczorem z centrum Wilna, przy ograniczonej przez deszcz widoczności, zauważyłam dosłownie w ostatniej chwili stojący kilka metrów przede mną samochód.
Litwini są pokorni i zabawni (zwłaszcza za kółkiem) - słów kilka o Wilnie
Marta Pieszczyń...
X Miejsce w rankingu
- Artykuły: 104
- Wpisów na blogu: 1
- Komentarzy: 7
- Miejsc na mapie: 0


Jechałem z Kowna do Wilna. Piękna podwójna dwupasmówka. W Polsce na takiej bym jechał ze 140. A tam ograniczenie do 80. I wszyscy przykładnie jadą jeden za drugim. Mandaty są na tyle wysokie, a policjanci na tyle nieugięci, że nikomu do głowy nie przychodzi szarżować.
no i drogi nieco lepsze :D