To było wczoraj. Wieczór. I moje postanowienie: nie jadę, zostaję w Poznaniu. W kieszeni wdowi grosz, a w głowie pewien pomysł. „Przejść przez koziołkowe miasto z winem”. Tak. Tego chciałam. Iść sącząc nektar bogów. Iść trzęsąc się z zimna i wlewanych procentów. Iść. Ew. skorzystała z zaproszenia. I o 20 ubrane na cebule, z torbą, w której: nożyczki (do otwarcia kartoniku, gdyby był „winiacz”), korkociąg (gdyby „winiacza” nie było) i aparat, żeby nad ranem wiedzieć, co się z nami działo.
„Winiacza” nie było. Za to „Sophia” i „Fresco”, tak. Powoli, delikatnie wchodząc w ciemne uliczki, zakamarki i w migającym świetle tonące podwórza, szłyśmy. Dumnie trzymając butelkę po mineralnej, w której bordowe morze win(a). Powolutku (…) czułyśmy, że nie jest już zimno, że ładny jest Poznań, że ludzie mili (pan na ulicy dłoń pocałował, gdy mówić zaczęłam po czesku; pani sklepikarka z całodobowego warzywniaka z uśmiechem sprzedała dalszy trunek), że lekko. I mróz zniknął i tylko muzyka kuląca się przy drzwiach do pubu, który posłużył za „wychodek” i dalej w świat… poznawać. I niczym Gargantua i Pantagruel, mężnie wędrowałyśmy. Aż nagle stanął przed nami dom, i lament Ew: „A jaka tu piękna klatka schodowa była, i oni zamknęli? I oni go zburzą?” I z lekkim niepokojem szarpac zaczęłam kłódkę. Zamknięte.
„Ew…zburzą”.
A Ew na to: „A to h…” (uje się nie kreskuje)
I lekko zatrwożone przecisnęłyśmy się przez bramę niegdyś wejściową. I parczkiem dookoła domu - idziemy. I nagle błysk, i nagle świst. I mówię:
„Ew! Tak ktoś jest!”… „światło widzę, światło”!
I mówić dalej mówimy, „ja też nie znam Poznania” „Ja też”
I po schodach się pniemy, idziemy, zatrzymujemy się, idziemy, uchu, chuu…, idziemy, „znów wędrujemy ciepłym krajem” już – drzwi. A na nich: napis widnieje: „Klubokawiarnia ciche uniesienie” i piorun mnie strzelił: walę, pukam, Ew. wali i puka. I nagle w drzwiach wejściu osóbka: blond, długowłosa, z ręką przykrywającą pierś, w przykrótkim ręczniku i on – ten wzrok: Że co? Że co?
I Ew: my na kawę.
I ja: potańczyć…
I nagle w tle: on – ON. Szybki wybieg zrobił ku nam, pędzi, pręży ciało skoczne… (tylko w gatkach i kolczyku)
„Już nieczynne, przepraszamy” – widać tak powinni rzec, by z honoru wyjść… by z honorem przyjść… by z honorem wyjść…
Lecz nie liczy nikt na honor… „Przepraszamy, my … mieszkamy…”
Ew: Acha.
Ja: AaA.
I po schodach biegnąc w dół śmiałyśmy się głośno „to Ci…”
I cierpiąc sobie zadaję pytanie czy to było wino, czy me ubzduranie?? Tararantam…talalalalantam….parararalantam….


ładne :)
Dziękuję :)
podziel się :)
haha....spoko...mam dużo :P