Nie wiem czy świat, w którym żyję zmniejszył się, czy się powiększył. Towarzyszy moim rozterką plik zdjęć i księga wspomnień z wycieczek większych i mniejszych, lub z takich zupełnie małych.
Ale gdzieś ponad drutami, internetowymi kablami i falami, które przepływają niezauważenie, rodzi się mój lęk. Lęk dość dziwny, bo niewytłumaczalny - lęk przed odległością. Przed dystansem, którego nie będę w stanie pokonać. I to wówczas staje przede mną ta metafora, która wciska się pomiędzy struny głosowe, i grzęźnie w nich - "Świat jako globalna wioska". I myślę sobie: Nie. Bo wcale nie jestem dojącą krówki wieśniaczką,NIE bo wcale nie czuję swego ze światem zbliżenia. Wręcz przeciwnie - czuję, że muszę się od niego oddalić. Oddalić, by z tej satelitarnej niekiedy odległości zbliżyć się. Właśnie do świata. I czuję, że dystans jest coraz większy, a szans na zbliżenie - brak.
Tyle liryzmu.
Tyle liryzmu. W odległościach, które zmniejszyły się(?), niczym wełniane swetry wrzucone niechlujnie do pralki.
I odczuwam, że to znowu fałsz. Mam skype. Mam. Mam gg. Mam. Mam dwie skrzynki pocztowe-internetowe, dwa międzynarodowe komunikatory. Mam. Czemu więc wciąż czuję, że NIE mam kontaktu ze światem. Czemu wciąż umyka mi jego cząstka najistotniejsza - Człowiek?
Nikt nigdy nie dotknął przez ekran. Nikt nigdy nie był tak samotny, jak człowiek oplątany siecią kabli i złączy. Który modli się, by ktoś był wreszcie online.
Samotność
- Nikt jeszcze nie skomentował

