Amerykańskie kino jest instytucją drażniącą. Zmonopolizowało światową produkcję, odcięło od widzów filmy wartościowe, niosące ze sobą pewne uniwersalne przesłania, a dało zamiast tego papkę komercyjnych wybuchów, strzałów i ostrych lasek. Oczywiście, każdy lubi to, co chce. Ale, ale szanowni widzowie, czy wciąż możemy dokonywać wyboru? Czy aby faktycznie to MY decydujemy o tym, co zobaczymy w kinie? Czy może jest tak, że wybieramy jedynie to, co dano nam w repertuarze, nie mogąc znaleźć alternatywy dla „2012”, „300” czy „Hangover”? Decydujemy się ostatecznie na wspólne wyjście do kina, bo najzwyczajniej w świecie mamy „ochotę COŚ obejrzeć”.
Wczoraj popełniłam ZNOWU ten sam błąd. Amerykański film, który już po 10 minutach powiedział mi, że jest o niczym więcej jak o: unicestwieniu świata przez naturę, „zwykłych ludziach”, którzy są mądrzejsi od naukowców z całego świata oraz o trudnych relacjach międzyludzkich, które rozwiązać może jedynie śmierć któregoś z mężów. Nauczyłam się jednak, w filmach amerykańskich widzieć nie tyle sens, co raczej… amerykańską mentalność. I od razu mi łatwiej i milej przeżyć 2h i 40 minut siedząc w fotelu, który bynajmniej się do tego nie nadaje.
„2012”, ale i inne filmy amerykańskiej produkcji, pokazują Amerykanina/Amerykankę w ich naturalnym środowisku: hałas (strzały i wybuchy w filmie), problemy międzyludzkie (liczne rozwody, problemy z rasizmem, antagonizmami itd.), problem końca świata (kryzysy gospodarcze, upadek przedsiębiorstw, lęk przed pozostałymi kontynentami, o których przeciętny Amerykanin nie ma pojęcia). Kino Amerykańskie stanowi dla Europejczyka kicz, wstyd i intelektualne ubóstwo, które rozwijają się zawsze według tego samego schematu (nie ważne o czym jest film): zwykły człowiek, który ma zwykle problemy rodzinne (alkoholik, hazardzista lub pisarz) wrzucony zostaje (przez przypadek) w epicentrum historycznych wydarzeń (koniec świata, wybuch wojny lub choroba zabijająca wszystkich, ale nie jego) ,które zmieniają go w chodzący ideał (którym w gruncie rzeczy i tak zawsze był) oraz poprawiają, w niemal naturalny sposób, jego relacje rodzinne (ojcowie godzą się z dziećmi, żony z mężami etc.), a jego odwaga ( to on „ratuje ostatecznie świat” wskakując do tonącej łodzi, by wyciągnąć tajne mapy, to on skacze z lecącego samolotu , bez spadochronu, by wcisnąć guziczek wyłączający bombę …) wynosi go na ołtarze i zapewnia oklaski całego świata. I taki jest właśnie „2012” kolejny dowód na to, że koniec kina - blisko.
Ale… w tym wszystkim trzeba zobaczyć pozytyw. No i mam, nawet kilka. Wymieniam w kolejności zapamiętania i tego, który z nich spowodował największy ubaw ( ku wściekłości panów siedzących przede mną ):
1. Rosjanin, na tle palącego się świata, o ustach większych niż moja dłoń, mówiący z mocnym akcentem: It’s Russian, o samolocie, który miał uratować bohaterów. Przypominał nieco dowódcę kozaków z produkcji Wajdy, który wołał do Skrzetuskiego: Jam jest Chmielnicki!
2. Dziewczynka, która w chwili, gdy wokół trwa trzęsienie ziemi i giną ludzie woła: A moje czapki?!
3. Ta sama, mówiąca w chwili ocalenia: Już nie używam pielucho majtek.
4. Rosjanka Tamara wyłażąca z Arki Waszyngtona, po pieska idącego ponad przepaścią.
5. Lekarz powiększający cycki, który okazuje się wspaniałym pilotem.
6. Pisarz, który jest kierowcą limuzyny, a nadto Bogiem ( udaje mu się uciec przed ogniem, wodą i Bóg tj. on , raczy wiedzieć przed czym jeszcze )
7. Żyrafy, słonie i inne stworzenia boskie, lecące do Arki, gdy nasi biedni bohaterowie rozbijają się i niemalże ( och prawie do tego doszło ), tracą życie.
8. Szaleniec nadający program radiowy, wspinający się na szczyt, by zobaczyć jak wszystko wybucha, posiadający tajne mapy (choć, jak sam stwierdza, każdy kto je posiadał, został zabity).
9. Żonka pisarza, zwana przeze mnie „szybką wdówką”, która nowego męża traktuje z miłością tzw. (przez nią) „wystarczającą”, a starego z miłością wciąż zakwitającą; w pięć minut po śmierci nowego, zadowala się jamochłonem ze starym towarem .
10. Syn pisarza, który zmęczony, głodny, przerażony (tak powinno czuć się zwykłe dziecko w chwili drobnego kataklizmu, a co dopiero mając przed sobą koniec świata), mówiący do ojca: Proszę, pokochaj mojego nowego tatusia, a co Ci szkodzi? On jest fajny.
11. I tatuś mówiący: ok, będę Jego (tj. nowego) przyjacielem (nawet nie kumplem, ale „przyjacielem” FOR GOD SAKE !)
12. Radość obsługi arki, gdy okazało się, że pisarz przeżył i jej brak, gdy na pokład wpuszczono dodatkowy tysiąc, dwa (?) pasażerów.
13. Nieśmiertelność bohaterów.
14. AAA…..kanclerz Niemiec, która w filmie nawet nie jest taka brzydka.
Amerykańskie kino stoi chyba na krawędzi: ma za dużo pieniędzy, tworzy więc efekty specjalne, którymi zachwycają się widzowie na całym świecie i za mało wiedzy o realnym świecie, by do filmu wprowadzić fabułę. Rozwiązanie jest dość proste, należy nazwać jeszcze jeden typ filmu, tj. Film z efektami specjalnymi. Po co od razu nazywać go katastroficznym czy sensacyjnym? Czasami lepiej powiedzieć prawdę, bez specjalnych efektów.


Niestety, karmi się nas tym tak często, że już nie widzimy nic poza amerykańskim kinem.. ;/
Nawet dobre europejskie i polskie ekranizacje nie przyciągają dużych rzesz fanów.. bo nie doceniamy tego. Pamiętam, że kiedyś dla mnie największym przeżyciem filmowym było obejrzenie "4 pancernych", "kilera", "Chłopaki nie płaczą" i wielu tym podobnych. Niestety, obecnie coraz mniej finansuje się polskie kino, żeby mogło dorównać tym amerykańskim superprodukcjom...
Nawet jeżeli już się coś tworzy, to ściąga się zza oceanu...
hmm, jest dosc ciężko zmienic sytuację,dlatego, że nie ma środków wystarczających, by polskie kino dorównało amerykańskiemu, bynajmniej nie pod względem efektów...ale ale...przecieżmamy coś czego nie ma kontynent Amerykański - kulturę i tradycję, warto by pokazac to, co mamy, a nie biec za tym, co i tak jest bynajmniej teraz nieosiągalne.
Jest masa pięknych filmów, które odeszły w niepamięc, bo młodzi widzowie przyzwyczajani są od dzieciństwa do "prostego" kina Amerykańskiego, w którym wystarczy wcisnąc "play".
Też niestety popełniłem ten błąd i wybrałem się na 2012... Powiem tak po ok. 20 min miałem w myślach jak opuścić kino czym prędzej. Niestety byliśmy większą ekipą no i jakoś trzeba było przetrzymać do końca. Tragedia... to słowo najlepiej opisuje całokształt pokazu... Jedyne co mnie mile zaskoczyło to, że ludzie faktycznie wychodzili z kina... Może nie jest z nami jeszcze tak źle...
Dobrze opisałaś amerykańskie kino. Niestety, jesteśmy na nie skazani w kinie. Ale tez nie do końca. Bardziej w multipleksach W innych kinach czasami ktoś nas uraczy ambitnym kinem. Albo nawet nie ambitnym, co po prostu nieamerykańskim.
Przez jakieś 2 lata oglądałem w domu filmy w proporcji: 1/3 kino europejskie, 1/3 hinduskie, 1/3 amerykańskie. To ostatnie włączałem tylko gdy nie chciało mi się myśleć i chciałem zjeść hamburgera (których notabene nie jadam). Kino hinduskie oglądałem z zamiłowania do gatunku, gdy miałem czas (dużo czasu - 3 godziny). Filmy europejskie włączałem, gdy chciałem obejrzeć dobry film. Wbrew pozorom powstaje ich bardzo wiele. Obejrzałem wiele ciekawych obrazów produkcji niemieckiej, francuskiej, angielskiej i pojedyncze filmy a innych krajów. Moim zdaniem warto przeglądać filmy nagrodzone na europejskich festiwalach. To takie najprostsze wyszukiwanie perełek.
Na gorąco, jestem po obejrzeniu "Slumdog - milioner z ulicy" (prod. Wlk Br.) i nie dziwię się, że dostał tyle Oscarów. Ostatnio mam duże zaległości w oglądaniu filmów, wynikające z braku czasu i tym bardziej staram się wyselekcjonować tylko te obrazy, które mogą zrobić na mnie wrażenie. Ze "Slumdogiem" trafiłem. Polecam!
Dzisiaj o 23.05 jest niemiecki "Upadek" ("Der Untergang") - wyśmienity film z genialną kreacją Bruno Ganza, który zagrał Adolfa Hitlera.
na TVP1
Oczywiście. Perełki można znaleźc na festiwalach itp. Pewnie. Nie twierdzę inaczej. Wiecie, zastanawiam się czy może fakt, że kino Amerykanskie niezbyt do NAs przemawia jest wynikiem naszego sposobu myślenia, naszego europejskiego sposobu odbierania rzeczywistości itd. Byc może dla Amerykanina film typowo europejski, byłby niezrozumiały. To chyba wina ukształtowania kulturowego.
Cóż.
"Upadek" oglądałam zaraz po tym, jak sie pojawił. Świetny. Ale dlaczego, dlatego, ze pokazuje mentalnosc przeciętnego Niemca, zestawioną z wybujałymi planami lekko już niepoczytalnego Hitlera.
Polecam również "chłopiec w pasiastej piżamie"....wyciska łzy, niezwykły obraz wojny, obraz, którego nikt wcześniej nie pokazał. Świetny. :)
Ja wierzę w magię kina, jestem jak chłopiec z "cinema Paradiso" chcę wierzyc, że kino to zaczarowane miejsce.
Multikino, Cinema City itd. to popcorn, cola i Amerykański kicz. Na który będę chodzic, wiem to, jeszcze długo, albo i zawsze, bo: nie mam alternatywy, festiwale są rzadko i zwykle są dosc drogie, a biletów nie ma...
Wartościowe filmy powstają wciąż. Tylko nikt nie chce na nie patrzec...
dzisiejszego filmu Upadek.
Pomijając grę aktorów, scenariusz, to jest doskonale nakręcony, oddający z dbałością o szczegóły, historię ostatnich dni w schronie Hitlera.
W mojej ocenie jet to najlepszy film historyczny ostatnich lat z taką dokładnością dbający o szczegóły historyczne.
Dwie ciekawostki
1.
Jest taka scena w której Hitler wychodzi po raz ostatni z schronu aby wręczyć odznaczenia członkom Hitlerjugend. Był ostatni raz na powierzchni ziemi i ostatni raz wykonano mu zdjęcie jako żywemu, które zachowało się do dnia dzisiejszego.
Na oryginalnym zdjęciu wygląda dokładnie tak samo jak filmowała go kamera.
2.
Gdy Magda Goebbels otruła/zamordowała swoje siedmioro dzieci (wszystkich imienia rozpoczynały się na na literę "H") nie wiadomo dokładnie jak to zrobiła. Wiadomo, że je otruła, ale w jaki sposób nie udało się tego do końca na 100% ustalić. Reżyser pokazał to własnie w taki sposób jak zaproponował widzowi. Jak było w rzeczywistości, trudno powiedzieć.
Scena jest niesamowita.
Zachowały się zdjęcia wykonane przez Rosjan jak zamordowane dzieci leżą na zewnątrz schronu przykryte białymi małymi prześcieradłami.
Uwaga! Najważniejsze. Widz po obejrzeniu filmu współczuje wszystkim uwięzionym w bunkrze. Pamiętajmy, że oni nie współczuli...
Wiesz, uważam, że najbardziej przerażające jest to, że Hitler do końca wierzył, że zwycięży i pogrążał innych, wkładał ich do Oceanu swojego szaleństwa.
"Upadek" pokazuje pewien rys zachowania charakterystyczny dla dowódców: lęk przed sądzeniem, przed publicznym powieszeniem, lub karą, którą musieliby odbyc. Ci ludzie, którzy jednym ruchem ręki zabijali tysiące, bali się sprawiedliwości. Łatwiej było strzelic sobie w głowę, niż stanąc przed sądem i usłyszec wyrok.
To przerażenie, i ta gmatwanina...bo ona chyba najmocniej mnie dotknęła, jest w filmie pokazana doskonale. A wszystko to, ubrane w jakąs nieludzką powagę, brak emocji.Przecież matka podająca dzieciom truciznę nie uroniła nawet łzy...
Przerażające, ze ideologia jednego człowieka, zamknęła oczy tak wielu..że stali się ślepi i niebyli w stanie racjonalnie ocenic rzeczywistości. Straszne jeśli pomyślimy, że musnęliśmy tą historię, że była tak blisko....
Oglądamy min. w Trójkę. :))
A jeszcze jedna ciekawostka.
W dniu dzisiejszym na terenie byłej Kancelarii Rzeszy w latach 1985-89 pobudowane blokowisko, takie normalne blokowisko jak na Wyżynach czy na Glinkach. Teraz na schronie jest dokładnie parking samochodowy (taki zwykły - osiedlowy), wydeptane trawniki i plac zabaw dla dzieci.
Bloki stoją naokoło placu - parkingu. Na chodniku jest umieszczona tablica, taka jak osiedlowa tablica ogłoszeń z ... informacja i naniesionym planem dawnej kancelarii i schrony Hitlera.
A w pobliskiej piaskownicy, gdzie być może niedaleko spalono zwłoki Hitlera i gdzie być może leżały zamordowane dzieci Geggelsów - bawią się teraz dzieci, a rodzice patrzą na nie siedząc na ławeczkach.
Dobre co? Prawdziwy chichot historii...
zakończyliśmy na Hitlerze.
Miłej nocy i oglądania!
Od Ameryki do Hitelra całkiem blisko...
OOoo.. tak zachwalacie, że i ja obejrzę ten film ;)
A ja chcialabym polecić świetne hiszpanskie kino, np. Almodovara :D
Almodovara poznałam, gdy zapisałam się na kurs hiszpańskiego. Nauczycielka już po paru tygodniach uznała, że zrozumiemy film bez tłumaczenia....
Almodovar więc wywołał we mnie z początku szok, ale szczerze powiedziawszy - mimo tego, że wciąz szokuje, to ten szok, jest już (niestety) wyliczony. Albo wliczony w jego nazwisko. Kino hiszpańskie jest dla Polaka/Polki czymś faktycznie innym, pociąga to fakt. Ale może nie tylko Almodovar? Almodovar jest jak hiszpański vox populi...na pewno?? :) Pozdrawiam !
Nie lubię Almodovara. Bo nie. Bo niczym mnie nie zachwycił w kilku filmach, jakie widziałem. Więcej nie zamierzam. Na razie.