"Jedyny czas, kiedy warto być na diecie, to czas ocekiwania na usmażenie steku". Tą, jak i kilka innych rewolucyjnych teorii dotyczących odżywania i kuchni zawdzięczami Julii Child.
Dla osób, które z kuchnią mają tyle wspólnego, co ugotowanie jajka bądź też wody na herbatę postać ta może wydawać się nikim. Ot - kolejne nazwisko na liście kucharzy i kucharek. Dla kogoś, kto choć trochę się tym interesuję jest to znaczące naziwsko na długo przed tym, zanim pojawili się Nigella Lawson, zadziorny Jamie Olivier czy iście szatański Gordon Ramsey. Bowiem to właśnie Julia Child rozpoczęła "kuchenną rewolucję".
Nie tak dawno w kinach pojawił się nowy film Nory Ephron "Julie i Julia". Przyznam szczerze, że wiedząc, iż Pani Ephron ma na swoim koncie m.in. "Bezsenność w Seatle" czy "Masz Wiadomość" jakoś niespecjalnie śpieszyło mi się, by obejrzeć jej najnowszy film. Jednak Meryl Streep obsadzona w głównej roli podziałała jak magnes. I co? I nie żałuję!
Film, w przeciwieństwie do poprzednich filmów Nory nie jest komedią romantyczną, którymi już za przeproszeniem żygam dalej niż widzę. Można to nazwać... filmem obyczajowym? Biograficznym? Dramatem? Jakoś zaszufladkowanie w jednym gatunku tutaj stanowczo nie pasuje.
Mieszają się tutaj bowiem dwie historie. Jedna z nich to historia Julii Child, która wraz z mężem Paulem przeprowadza się do Paryża. Aby znaleźc sobie jakieś zajęcie, poza swoim ulubionym - jedzeniem - postanawia ukończyć prestiżową francuską uczelnię kucharską Cordon Bleu, aby kilka lat później zostać pierwszą kobietą, absolwentką tej uczelni. Sam dyplom to jednak dla niej za mało. Wraz z dwiema przyjaciółkami Simon Beck i Louisette Betholle postanawia napisać książkę kucharską. I to nie byle jaką. Bowiem na temat kuchni francuskiej, dla amerykanów i co najważniejsze - po angielsku.
Druga historia opowiada o Julii Powell. Szukająca czegoś, co pomoże jej się odstresować po ciężkim dniu pracy zakłada bloga. Blog to niby nic takiego. Jednak jej blog nosi tytuł "365 Dni, 524 Przepisy i Jedna Mała Kuchnia". Julie postanowiła w ciągu roku wypróbować wszystkie przepisy z liczącej ponad 740 stron książki Julii Child "Mastering the Art of French Cooking". Swoje perypetie związanie z gotowaniem opisywała właśnie na tym blogu.
I właśnie te dwie opowieści przeplatają się przez dwie godziny ukazując z jednej strony kilkuletni wysiłek poświęcony na napisanie książki, a z drugiej wysiłek i trud włożony w gotowanie.
O ile historia Julii Child jest czymś więcej niż tylko opowieścią o pisaniu książki kucharskiej, o tyle historia Julii Powell opiera się praktycznie tylko i wyłącznie na gotowaniu. Brakuje tego, co było integralną częścią historii Child. Tam bowiem widzimy pełne spektrum jej życia prywatnego, przez co jej historia jest naprawdę wciągająca i ciekawa. W opowieści Julii Powell czegoś brakuje. Rozumiem, że ta część została zekranizowana na podstawie książki, która powstała właśnie na podstawie bloga, ale życie prywatne Pani Powell jest tutaj sprowadzone do niezbędnego minimum i obserwujemy to z pewnym niedosytem.
Jednak to wszystko rekompensuje obsada. O Meryl Streep pisać nie będę, bo do usranej śmierci mi czasu zabraknie. Tak, kocham tą kobietę. W każdej roli sprawdza się znakomicie, a tutaj przeszła samą siebie. Oglądając porównanie oryginalnej Julii Child, do tej stworzonej przez Meryl Streep momentami ciężko poznać kto jest oryginałem.
Amy Adams natomiast, grająca postać Julii Powell, nareszcie wyrwała się z iście błazeńskiego nurtu "nastolatek, którym wydaje się, że są śmieszne". Zapomnijcie o tym, co widzieliście w "Buffy" czy "Zaczarowanej". Tutaj widzimy klasę samą w sobie. Co prawda do Meryl jej dużo brakuje, ale w postaci Powell sprawdziła się naprawdę nieźle.
Nie wiem co jeszcze mógłbym dodać. Dla mnie - jakby nie było absolwenta gastronomika - ten film, był naprawdę miło spędzonym czasem. Tak jak powiedziałem na początku - na długo zanim pojawili się Nigella czy Gordon "Hell's Kitchen" Ramsey była Julia Child. Wielka baba, o dziwnym głosie, z której porad i przepisów korzystają do dzisiaj wszyscy. Nie tylko Pani Kasia z parteru, która przygotowuję Boeuf bourguignon dla swojego męża, ale także renomowani kucharze na świecie.
Nie ma tu wybuchów, pościgów, intryg, romansów. Na dobrą sprawę nie ma nic, co współczesnego widza latającego na "Surogatów" czy "Gamera" przytrzymałoby przed ekranem. Jednak jest w tym filmie coś, co przyciąga uwagę. Coś, dzięki czemu z czystym sumieniem mogę Wam polecić ten film. Ale to moja opinia. Tymczasem wracam dopilnować makaronu na obiad. Zgodnie z poradą Julii Child - makaron musi być gorący jak k**as we wzwodzie.
Bon Apetit!
- Nikt jeszcze nie skomentował

