Taki napis już od dłuższego czasu wołał do mnie z plakatów kinowych. O ile plakaty skutecznie ignorowałem, o tyle od dłuższego czasu atakowały mnie zdjęcia, reklamy czy inne formy promocji filmu w internecie. Aż w końcu, świadomy swoich praw i obowiązków wynikających z... wróć! Zapędziłem się! Tak więc, aż w końcu postanowiłem obejrzeć "Horseman: Jeźdzcy Apokalipsy". Przypomnę tylko, że film reklamowano jako "mroczny thriller, jakiego jeszcze nie było".
Reżyserem obrazu jest Tomas Akerlund, znany między innymi z... no właśnie. Nie bardzo wiem, z czego znany wcześniej. Poza "Spun" - czyli niezbyt udaną odpowiedzią na "Trainspotting" i "Sekrety Madonny" nie znam żadnego innego, zrobionego przez niego filmu. Jednak na pierwszy rzut oka może wydawać się, że musi Akerlundzie coś być. Bowiem to producent wybiera reżysera a producentem "Horseman" jest Michael Bay. I może znany jest z bardziej lub mniej "ambitnego" kina, to jednak zawsze robi dobre widowisko.
Głównym bohaterem "Horseman" jest Detektyw Breslin, którego zagrał Denis Quaid. Kieruje on sprawą morderstw, które jak się potem okazuje, są czymś w rodzaju morderstw rytualnych, a każde z nich nawiązuje do "Apokalipsy Św. Jana", jak chociażby napisy przy każdej z ofiar "Przyjdź i zobacz".
Osobiście spodziewałem się dobrego i mrocznego thrillera. Tak nadal wierzę w reklamy, podobnie jak w Św. Mikołaja, a reklama mówiła, że dobry, że mroczny i że czegoś takiego jeszcze nie było.
Spodziewałem się czegoś w stylu kultowego "Siedem" a dostałem 90-minutową papkę. Co prawda lekkoprzyswajalną, ale przy wizji dobrego i porządnego dania taka papka staje się tylko pustym wypełniaczem i próbą pozbycia się nas z restauracji. Bo ani ten film nie jest mroczny ani dobry. Na dobrą sprawę mógłby trwać około 30-40 minut. Bowiem właśnie w ciągu pierwszych trzydziestu minut w tym filmie dzieje się wszystko - od mrocznych mordów po mroczne życie rodzinne Breslina.
W tym gąszczu minusów ciężko odnaleźć coś, co przykuwa uwagę do tego filmu. Jestem jednak takim człowiekiem, który nawet najgorszą szmirę obejrzy, żeby podzielić się opinią.
Aktorstwo Quaida jakie jest, każdy widzi. Kto nie widział, zapraszam do "Pojutrze", gdzie wykazał szczyt swoich aktorskich możliwości. Bo w "Horseman" gra poprawnie, ale tylko poprawnie. Brak w tym wszystkim jakiegoś życia. Rola naprawdę dała mu szansę do popisu. Zmęczony życiem, po stracie żony, samotnie wychowujący dwóch synów i pracujący praktycznie całą dobę. A tego po Quaidzie nie widać. To jakby się oglądało aktora, który ma zapisane w didaskaliach wskazówki, żeby np. odejść od szafy lewą nogą a nie prawą. Monotonny, drażliwy i strasznie irytujący.
Na duży plus natomiast zasługuje muzyka. Jan A.P. Kaczmarek stworzył klimatyczną, delikatnie mroczną ścieżkę dźwiękową, która pasowałaby w niektórych scenach bardziej, niż dialogi. A tak, jej pełnymi zaletami można się nacieszyć słuchając jej osobno, bo w tle dialogów ginie.
Podejrzewam, że "Horseman" powstał jako jeden z tych "apokaliptycznych" filmów, które mają nam ukazać wizję końca świata. O ile rozwiązanie takie zbiera dobre oceny w przypadku filmów typowo katastroficznych jak "Armageddon", "Pojutrze", czy chociażby ostatnio "2012", o tyle połączenie takiego gatunku ze stylistyką znaną nam z "Siedem" nie sprawdza się absolutnie. Chyba, że wizja końca świata jest tylko dodatkiem, a nie głównym motorem napędowym filmu. Bo czyż nie świetny był thriller o lekkim zabarwieniu apokaliptycznym "Adwokat Diabła"?
Wydaję mi się, że czasy dobrych filmów, które potrafią naprawdę albo przerazić, albo spełnić swoją rolę jako thriller przemijają, a każdy następny film jest tylko kalką. Nieudaną kopią. Bo z iloma filmami "w stylu "Siedem"" bądź filmami "producentów "Adwokata Diabła"" się spotkaliście, które absolutnie nie zasługują na miano dobrego?
Jako "lekki" film po ciężkim dniu pracy, bądź dla chwili w której definitywnie nie będziecie musieli myśleć - polecam "Horseman". Jednak jeżeli szukacie mrocznego i ciężkiego thrillera, to poszukajcie na swojej półce czegoś z klasyki, bądź weźcie psa na dłuższy spacer, ew. spędźcie te 90 minut w łóżku z partnerem. Gwarantuje, że będzie to o wiele lepiej spędzony czas.


dzięki