Moja sportowa niedziela nie koncentrowała się wokół piłkarzy, ale wokół Kubicy. Wyczekiwałem tego startu - i miałem swoje małe sportowe święto.
Do startu piłkarzy podchodziłem zaledwie z nutką gdzieś głęboko ukrytej sympatii, a do całego tego szowinistycznego cyrku (okładki tabloidów, pogróżki) już z niechęcią.
Nie wiem dlaczego, ale zupełnie nie dostrzegałem w tych zachowaniach pozytywów.
Flagi w oknach, w których nigdy wcześniej i przy żadnej z okazji ich nie widziałem - wydawało się naiwne, śmieszne.
Oflagowane puby i knajpy - to rozumiałem. Doceniałem wysiłek właścicieli, zmysł marketingowy, profesjonalizm.
Aż zobaczyłem dom mojego nowego sąsiada (to ja jestem nowy na tym osiedlu) - starszego, nobliwego Pana, którego od kilku tygodni spotykam przed domem, jak podlewa swój zadbany ogródek i któremu zaledwie "dzieńdobruje". Na Jego domu powiewa polska flaga - żadna komercyjna browarniana chusta, tylko klasyczna, tradycyjna biało-czerwona z orzełkiem.
Przystanąłem. SZACUNEK.
Przewartościowałem swoje podejście do "oflagowanych" aut i innych podobnych przejawów kibicowania narodowej drużynie.
I życzę tylko sobie i tym wszystkim "oflagowanym", żebyśmy mieli się czym cieszyć w najblizszych 10 dniach. Byłoby szkoda tego entuzjazmu. Enter


Też się oflagowałem. Kubicy też kibicowałem. Naszym piłkarzom też. I powiem, że kocham taki spontan, jak powiewające flagi, gdyż wówczas, przez jakiś tam ułamek mogę poczuć dumę z tego, ze jestem Polakiem.
Gorzej na tzw. drugi dzień, kiedy wszystko wraca do normy (która nie powinna być normą) i człowiek znowu zaczyna zadawać sobie pytanie: co ja robię w tym szambie, zwanym Najjaśniejszą RP?